Choć jeszcze dwa tygodnie wakacji, w tym długo wyczekiwany urlop przede mną, rozmowa o kotletach na placyku zabaw i dzień spędzony z synkiem, wystarczyły, by poczuć bezsens swojej egzystencji. Chociaż tu mogę popsioczyć, wbrew imperatywowi wiecznej szczęśliwości lansowanej na niektórych blogach i portalach.

Skoro ktoś potrafi się cieszyć kolejnym ząbkiem i pierdnięciem do pieluchy, to znaczy, że ze mną jest coś nie tak. Bo mam ochotę rozmawiać z synem jak z dorosłym, zająć się sprawami dorosłych i zamknąć wrota tego całego wczesnego macierzyństwa za sobą.

Moja wrażliwa dusza nie potrafi chłonąć rzeczywistości zastanej i kwitnąć. Dobija mnie szarość i rutyna dnia codziennego. I nie, nie będę skakać na bunjee, by dostarczyć sobie wrażeń, za to będę zrzędzić ile wlezie, bo mam na to ochotę.

Ale dziś jesteś toksyczna – powiedział on. Nie ucieszyłam się jego zawodowym sukcesem, ba! Możliwe, że to dlatego, że mi do owych daleko. Trudno przebić zdolnego bankowca stwierdzeniem – a ja mam zlecenie na dwanaście tekstów o laktatorach, wiesz ile to kasy?

Alki już nie ma na placyku, Aśki też, bo pracują na etacie. Mężowie wynajęli im niańki, żeby odżyły w firmach, między ludźmi i nie zadręczały ich swoimi jesiennymi nastrojami. A ja, ostatni weteran „siedzenia w domu” z przerażeniem zastanawiam się, jak przetrwam długie zimowe wieczory, skoro już schyłek lata doprowadził do znacznego spadku nastroju.

Może powinnam zacząć pić, jak reszta narodu? Albo pójść po Prozac?

Nie mam pojęcia co mogłoby mnie uszczęśliwić, może po prostu zaakceptuję, że bliżej mi do pesymizmu i dołka, niż tryskania entuzjazmem. Czy własną naturę można obejść?

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments