Zaproszenie i popłoch… Kiedy ja to zgolę, odgruzuję, pomaluję na wysoki połysk? Dla odmiany nie blat kuchenny, ani stertę ubranek, tudzież włoszczyznę. Ja – kobieta czekam aż zwrócisz swą uwagę na rozdwojone końcówki i zrogowaciałe naskórki, na paznokcie, które choć krótkie, lepiej zaprezentują się w purpurowej odsłonie.

W pewnym wieku i z określonym stażem życiowym, to już nawet nie chodzi o splendor i połysk, ale estetykę, powrót do szeroko rozumianej normalności. Nadprogramowe fałdki ukryje się sprytnie pod falbankami, zmęczenie zatuszuje korektorem, a przygaszone spojrzenie ożywi maskarą. Gdy ta się rozmaże, nikt nie będzie dociekał ile nowych zmarszczek jej doszło, odkąd przestała być studentką, podlotką, niunią, która tankuje drinki w Stupromilowym Lesie.

Powrót do naturalnego (nie siwego) koloru włosów wymaga łażenia w plastikowym czepku, a odsłonięte nogi, długich minut na rozliczaniu się z własnym zaniedbaniem. Jeszcze tylko drzemka u kosmetyczki, która ogarnie brwi i trądzik, z bólem opuścimy leżankę, bo mogłoby się tam zostać na cały wieczór i też byłoby w porzo.

Goście zaprezentują się w wysłużonych t-shirtach i dotrze do nas, że nikt tu nie szykował się jak na wesele. W powleczonym na specjalne okazje stroju, siedzimy jak na szpilkach, bo nie mamy pewności jak właściwie się prezentujemy. Jedynie po braku męskich spojrzeń możemy się domyślić, że odchodzimy do lamusa, ustępując miejsca młodszym, świeższym, które pociągnęły usta krwistoczerwoną szminką i awansują na VIP imprezy.

Rozmowa się nie klei, bo nie dotyczy dzieci, a już dawno zapomniałyśmy jak to jest być i się nie martwić, nie czuwać, nie nasłuchiwać. Nie potrafimy się odprężyć, bo dzieci, choć u dziadków, dalej są z tyłu głowy, czasem nawet wpadamy w poczucie winy z powodu swojego egoizmu. Powinnam być tam, a nie tu, co jeśli płaczą, tęsknią, dają w kość?

Czujemy się wyabstrachowane z opowieści o karierze, podróżach, dylematach – jutro pospać, a może urządzić suto zakrapiane poprawiny. Bo gdy nastanie dzień, wrócimy do obowiązków, które snują się za nami jak cień, nie pozwalając na spontaniczne danie sobie w czuba.

I jak było? Co było? Gdzie dzieci? No, wreszcie jestem na swoim miejscu, żmudnym, rodzącym zniechęcenie, ale do krzty uzależniającym.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments