niedoskonała mama

niedoskonała mama

ile nas jest w nas
felieton

Ile nas jest w nas? Po drugiej stronie lustra – kiedy pojawia się dziecko…

Luty 2011

Czytałam kiedyś taką książkę, nie pamiętam tytułu… Bohater przyjeżdża na branżową konferencję do jakiegoś tam miasta i na lokalnym cmentarzu znajduje… własny nagrobek. Początkowo uznaje to za zbieg okoliczności, zaraz potem – kiepski dowcip, by wreszcie odkryć, że przestał istnieć dla współpracowników, kolegów, a nawet – własnej żony. Wszyscy oni uważają go za zmarłego, a jego samego traktują jak obcego człowieka. Tekst ten zmusza do refleksji nad własnym życiem, nad tym na ile nasze istnienie determinuje środowisko. Czy świadomość własnego jestestwa może być wystarczająca? Czy jednak potrzebujemy potwierdzenia swojej obecności na ziemskim padole w oczach innych?

Ile nas jest w nas? Na ile jesteśmy sobą, a na ile naczynkiem, do którego wlewają ludzie, z którymi obcujemy? Każdy z nas ma wiele twarzy – inni jesteśmy w pracy, inni wśród znajomych; ba – nawet wśród różnych znajomych, my sami też inaczej się zachowujemy; jeszcze inni jesteśmy przy rodzicach, zmieniamy się przy rodzeństwie, inne jest nasze zachowanie przy dzieciach, inne przy partnerze… Kiedy jesteśmy naprawdę sobą? A może to pytanie bezzasadne, bo to nie inne twarze, a jedynie różne grymasy na jednej i tej samej?

Dziś rano D. pojechał do swojego taty, który mieszka ponad sto kilometrów od nas, w małej wiosce z dala od „wielkiego świata”. Wyprowadził się tam dłuższy czas temu i była to w pełni świadoma decyzja, by odciąć się od miasta. D. pojechał do niego, ponieważ tata od trzech dni miał wyłączony telefon – nie wiedzieliśmy zatem czy po prostu popsuł mu się aparat, czy może stało się coś poważniejszego. Tata niezwykle ucieszył się z wizyty syna – telefon rozładował się, a tata nie spojrzał na niego nawet przez ostatnie dni, więc tego nie zauważył.

Wierzę, że tata jest właśnie osobą, w której jest sto procent jego samego. Jest wolny od wpływu środowiska, jego postawy czy światopoglądu nie determinuje na co dzień żona, dzieci czy wnuki, a kiedy widzi się z nami – wolny jest od naszych wpływów, bo widuje nas rzadko i na krótko. Tata jest wolnym człowiekiem. Czy jednak my wszyscy – zniewoleni w przyprawianiu sobie gęb” – musimy czuć się bezwolni?

Lubię swoje życie. Lubię siebie. Jestem dla siebie ważna. Uwielbiam D. i moją córkę. Z każdym z nich spędzę kawał życia, ale tylko ze sobą będę zawsze – od początku do końca. Tylko ja znam każdą swoją myśl, nawet jeśli nie mam jej z kim podzielić. I dlatego właśnie, że jestem świadoma, gdzie zaczynam się „ja”, ale też gdzie „ja” się kończę, stwierdzam, że każda moja „gęba” jest moja. Nawet jeśli z D. mogę rozmawiać godzinami o tym, co przeczytaliśmy w ostatnim „Przekroju” (już nie możemy, bo nasz ukochany tygodnik nie istnieje), a do snu czytam eseje o wychowaniu dzieci w świeckiej rodzinie; kiedy odwiedzam moją mamę w pracy na plebanii, z proboszczem mogę zamienić dwa słowa o szczęściu, jakie osiągnąć można dopiero po życiu doczesnym, i nie ma w tym żadnej obłudy.

To nadal ja, jednak ewolucja chyba sprawiła, że dostosowujemy się do środowiska i sytuacji, by przeżyć :) Dlatego, choć uważam, że dziecko jest dopełnieniem życia, ale bez niego jestem równie wartościowa, przytakuję mojej pani z warzywniaka, gdy ta mówi „Jak są dzieci, to jest cel w życiu. Mówię mojemu staremu, że teraz to już mogłoby go nie być. Żeby tylko alimenty płacił…”. Bo dlaczego mam dyskutować z kimś, kto nigdy nie zrozumie mnie, a ja jego? Dla idei? Wolę wrócić do domu i poczytać książkę.

Błędne jest zatem w moim mniemaniu twierdzenie o kimś, że tak bardzo się zmienił pod czyimś wpływem. Może po prostu dany grymas zdominował inne na jego twarzy… Bliska mi kobieta twierdzi, że zmieniłam się przy D. Na pewno – mój partner daje mi ogromne wsparcie, dzięki któremu częściej, bez względu na okoliczności, jestem bardziej sobą. Wszyscy potrzebujemy akceptacji – D. akceptuje mój światopogląd, co daje mi śmiałość, by bardziej się z nim obnosić. Ja nie oceniam innych w takich kategoriach. Mam gdzieś czy moi przyjaciele są inni przy swoich partnerach, dopóki wiem, że są szczęśliwi i nadal są wspaniałymi przyjaciółmi. Bo czy mam prawo ingerować w to, jak żyją na co dzień? Nie. Jedyne, co mogę, to oceniać ich w kontekście naszej relacji. Bo w każdym z nas jest tyle nas samych, ile sami jesteśmy w stanie zaakceptować.

 Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments