niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

Estetyka versus praktyka

Chyba każda mama zgodzi się ze mną, że narodziny dziecka to nie lada rewolucja zarówno w sferze harmonogramu dnia codziennego jak i długofalowych przyzwyczajeń. W moim przypadku oznaczało to chociażby koniec rozpoczynania dnia od kubka mocnej kawy (matce karmiącej nie przystoi), ale sokiem grejpfrutowym. Odprężająca kąpiel w objęciach wonnej piany? Zamiast tego szybki prysznic i to najlepiej lodowaty żeby nieprzytomny po entej, zarwanej nocce organizm rozbudził się do funkcjonowania na najwyższych obrotach.

Nigdy też bym nie pomyślała, że szczytem dbałości o higienę okaże się możliwość umycia zębów przed południem. W reklamach różowych, uśmiechniętych bobasków, godzinami wierzgających nóżkami tego nie uwzględniono? Cóż- życie…
Często debiutującym mamom zarzuca się, że przestały przywiązywać wagę do aparycji: „Ależ ona się zapuściła, pamiętacie tamtą laskę na szpilkach, zawsze wymalowaną, uczesaną, z pazurami od manikiurzystki?”. Gdy rodzi się dziecko przeciętną kobietę dominuje zmysł praktyczności, na estetykę zwyczajnie brakuje czasu. Bo kiedy uda się w końcu wygospodarować 30 sekund dla siebie, wolę w tym czasie dopaść lodówę i przegryźć coś na szybko (jak w reklamie „i jedziesz dalej!”), a nie czarną maskarą podkreślać zalotne spojrzenie. Bo niby kogo miałabym nim wabić? I jak tu koncentrować się na wabieniu gdy burczy w brzuchu.

Zwierciadłem tego, ile trzeba odgruzować w swoim wyglądzie zewnętrznym bywają uroczystości rodzinne, od których nie sposób się wymigać. Wtedy z popłochem spoglądam na oklapnięty placek, upięty w koński ogon, przyklejony do mojej potylicy, zwany kiedyś włosami i wiem, ze koniecznie trzeba mu nadać puszystości. W zależności od miejsca w hierarchii owej okazji użycie profesjonalnego szamponu z reklamy może nie załatwić sprawy. Przyjęcie urodzinowe w restauracji? I nagle udaje się wcisnąć mężowi dziatwę i spędzić PÓŁTOREJ godziny u kosmetyczki, ubolewającej, że cenę wosku nie tylko powinno się ustalać w oparciu o konkretne partie ciała, ale od stopnia ich zarośnięcia.

Z rozrzewnieniem zdarza mi się wspominać czasy studenckie gdy byłam tylko dla siebie i ze swoim czasem mogłam robić dokładnie to, co chciałam. Chodziłam wtedy za rękę ze swoim aktualnym mężem w seksownej sukience i czule patrząc mu w oczy, marzyłam o tym, że kiedyś uwijemy rodzinne gniazdko. Więc czemu teraz, gdy to marzenie się spełniło tęsknię za dawnymi czasami? I za czym będę tęsknić gdy moje dzieci dorosną i zdecydują się na wyfrunięcie z gniazda rodzinnego? Czy nie przypadkiem za ich małymi, pachnącymi główkami, które mogłam kiedyś tulić bez ograniczeń? Każdy etap życia ma swoje prawa, chyba więc najlepiej skupić się na tym, co nam dane i zacząć to doceniać.

Marta Szyszko

Comments

comments