niedoskonała mama

niedoskonała mama

zdjecie Niedoskonala Mama JH
wywiady

Dziecko ma swoje potrzeby i kiedy je zaspokoimy zostaje czas dla mamy

Zaprosiłam do wywiadu Joannę, która pasjonuje się psychologią i relacją rodzica z dzieckiem, bez wypracowania wysokiego poczucia własnej wartości nie możemy być ani dobrymi mamami, ani żonami, ani przede wszystkim dobrymi kompanami dla siebie samych… Posłuchajcie dlaczego.

Piszesz, że najlepszy czas, jaki dotąd przeżyłaś to oba urlopy macierzyńskie, bo miałaś wreszcie czas na rozwój. W jaki sposób rozwijałaś się w tym czasie?

Urlopy macierzyńskie są z definicji czasem dla matki i dziecka. Dziecko ma swoje potrzeby i kiedy je zaspokoimy zostaje też trochę czasu dla mamy. Dlatego postanowiłam już w pierwszej ciąży, że ten czas wykorzystam najlepiej jak będę mogła również dla siebie, na zrobienie rzeczy odkładanych, gdy się chodzi regularnie do pracy.

Pierwszy macierzyński to było przede wszystkim szukanie tego, co chciałabym w życiu robić. Dotyczyło to głównie zgromadzonej przez całe życie wiedzy psychologicznej i pokrewnej. Miałam poczucie, że nie wykorzystuję za wiele swojej wiedzy i doświadczenia w pracy zawodowej. Zaowocowało to artykułem na międzynarodową konferencję naukową o tematyce pedagogicznej. Artykuł dotyczył szukania tożsamości w sieci w oparciu o hierarchię potrzeb Maslowa. Pracowałam też nad pewnością siebie, którą nadwątlił korporacyjny wyścig i językiem obcym. Nadrabiałam zaległości książkowe.

Kiedy tamten macierzyński był szukaniem, co jeszcze mogę w sobie zmienić, aby moje umiejętności i doświadczenia zostały zauważone, to obecny jest czasem na rozwijanie i dzielenie się wiedzą i obserwacjami, które już mam. Stąd też wziął się blog „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały”. I tu muszę zaznaczyć, że dzieci w tym wszystkim są dla mnie inspiracją – każda zabawa, radosne i oczywiście trudne sytuacje, motywują mnie do zmiany swojego podejścia. Jak można wyczytać z moich tekstów, uważam, że to rodzic powinien najbardziej pracować nad sobą, aby relacja rodzic-dziecko była relacją wygrany – wygrany.

Czym zajmujesz się zawodowo, jak udaje Ci się łączyć pracę i macierzyństwo?

Pracuję w korporacji. Po pierwszym macierzyńskim pracowałam w mniejszym wymiarze godzin. Tak organizowaliśmy z mężem weekendy i czas po pracy, żeby jak najwięcej czasu spędzać we trójkę. Mimo to, bardzo tęskniłam za synkiem. Mocno ubolewam nad tym, że styl życia, długie godziny pracy, zobowiązania kredytowe zmuszają do tego, by najmłodsze dzieci spędzały często więcej niż osiem godzin dziennie z dala od matki.

Gdzieś przeczytałam, że dzieci tylko raz będą małe, więc maksymalne staram się wykorzystać ten czas z dziećmi. Jednak w praktyce szukam równowagi. Zadowolona mama ma więcej cierpliwości i jest bardziej wyrozumiała. Czasem lepiej w jeden dzień zostawić dzieci na 2-3 godziny z tatą i zrobić coś dla siebie, żeby naładować baterie niż siedzieć w domu w kiepskim nastroju, negatywnie oddziałującym na wszystkich. Pomaga w tym obserwacja siebie. Jeśli czuję, że mam dość bycia 24/24 z dziećmi i przy obowiązkach domowych i zwiększa się moja irytacja, oznajmiam w domu, że dla dobra wszystkich lepiej, żebym poszła na fitness.

Wszyscy pytają, skąd mam czas na pisanie bloga. Jestem elastyczna, więc siadam do pisania głównie wtedy, kiedy dzieci śpią. To kwestia samodyscypliny i może trochę pasji.

Wyjaśnisz dlaczego tak ważne jest poczucie własnej wartości rodzica w procesie wychowania?

Kiedy dziecko patrzy na pewnego siebie rodzica, rodzica – który szanuje siebie, dba o siebie, walczy o siebie, jest asertywny, otwarty do ludzi, wybacza sobie potknięcia, potwierdza siebie w działaniu, potrafi pomóc drugiemu bez poświęcania siebie, umie radzić sobie z negatywnymi uczuciami bez krzywdzenia siebie i innych – to dziecko nasiąka od najmłodszych lat taką postawą. Kiedy ktoś szanuje siebie, swoje uczucia, potrafi rozpoznać i zadbać o swoje potrzeby – prędzej uszanuje też innych, w tym dzieci, rozpozna i zadba o ich potrzeby. Nie chodzi mi tu o potrzeby materialne, bo to nie wystarczy. Wspaniałe rzeczy nie zastąpią i nie zaspokoją potrzeb emocjonalnych.

Rodzic z niskim poczuciem własnej wartości nie dość, że przekazuje dzieciom swoją postawę, to jeszcze czyni je świadkami i często ofiarami swojego niskiego mniemania o sobie. Wszystkie frustracje i inne negatywne emocje są z reguły przez takie osoby rozładowywane w sposób, który krzywdzi najbliższych, w tym dzieci. Niepewny siebie rodzic raczej nie będzie potrafił dostrzec w dziecku przyjaciela, partnera, a w dorastających, rozwijających się dzieciach może widzieć rywali. Dodatkowo niskie mniemanie o sobie równa się brakowi miłości własnej, a to też niestety skutkuje nieumiejętnością kochania najbliższych. Miłość zależy tu od nastroju rodzica, który to nastrój ulega zmianie w zależności od tego, czy rodzic jest akurat zadowolony z siebie czy nie. A to zadowolenie wypływa, nie z jego wnętrza, lecz jest zależne od czynników zewnętrznych np. powodzenia bądź niepowodzenia w pracy, krytyki czy pochwał innych. Nie ma tu stałości, lecz jest emocjonalna huśtawka. Dorastanie w takich warunkach jest trudne. Dziecko zamiast płynnie się rozwijać, skupia się na budowaniu mechanizmów obronnych.

Jak widać, jest bardzo wiele mocnych argumentów za tym, by – niezależnie, w jakim wieku jest rodzic, na jakim etapie życia, starał się wzmacniać swoją pewność siebie. Jeśli nie dla siebie, to dla dziecka.

Jak każda z nas może pracować nad zwiększeniem własnego poczucia własnej wartości?

Według moich własnych obserwacji poczucie własnej wartości dotyka całej osoby, wszystkich wewnętrznych obszarów. Nie działa tu więc metoda: wypisz swoje zalety, powtarzaj je sobie, a po wypisaniu wad pracuj nad nimi. Przekonałam się, że osoba może być bliska doskonałości, a i tak mieć bardzo niskie mniemanie o sobie. Tutaj trzeba pracować nad poszczególnymi obszarami po kolei. Wyliczyłam na razie kilka m.in., reakcja na zmęczenie, sposób podejmowania działania, odczuwanie zazdrości, porównywanie się, wytyczenie własnych granic. Będzie pewnie jeszcze kilka. Musi tu być zrewidowany i ustawiony na nowo sposób traktowania siebie w określonych sytuacjach i oczywiście w relacjach z innymi, głównie w obrębie tych zagadnień, które podałam.

I ważne są jeszcze pewne podstawowe założenia. To, że koleżanka jest wygrana, nie oznacza, że ja jestem przegrana. W praktyce: to, że koleżanka wygląda ładnie, nie oznacza, że ja brzydko. Różnimy się, jednak obie możemy uważać się za ładne, mądre i żyć obok siebie bez zawiści i innych negatywnych uczuć. Myślę, że u nas w kraju pokutuje właśnie mocno przekonanie, że więcej niż jedna osoba nie może być wygrana. A założenie z góry, że każdy może być wygrany i rozwijać się po swojemu, wiele by zmieniło na lepsze w naszej przestrzeni publicznej.

Jakie komunikaty, zachowania w stosunku do dziecka mogą nadszarpnąć jego poczucie własnej wartości?

Przede wszystkim obwinianie i ty-kanie np. ty rozlałeś, ty go zbiłeś . Ten sposób mówienia do dziecka jest w stanie sprawić, że dziecko będzie się po pewnym czasie czuło winne wszystkiemu złu świata. I nie ma tu przesady, bo dzieci mają większą wrażliwość i rodzice są dla nich wyrocznią we wszystkim.

Wyśmiewanie, porównywanie z rodzeństwem i innymi dziećmi, niedocenianie wysiłku, brak pochwał – zamiast nich tekst „tylko tyle” – wszystkie komunikaty dające do zrozumienia, że dziecko nie jest wystarczająco dobre.

Bagatelizowanie spraw i problemów dziecka, umniejszanie jego roli, nieliczenie się z jego zdaniem, krytyka, niesprawiedliwe traktowanie, przypisywanie ról, szczególnie umniejszających pozycję dziecka w rodzinie, obrzucanie epitetami itd.

Niestety długo można wyliczać. A wystarczy trochę pracy nad sposobem wyrażania się i nasze komunikaty do dziecka dadzą lepszy efekt i co najważniejsze poprawią, pogłębią tę relację.

A jak możemy dowartościować nasze dzieci?

Kochać dziecko tylko dlatego, że jest naszym dzieckiem. To, że jest nasze, czyni je wyjątkowym.

Chwalić, ale umiejętnie, czyli wyliczać, opisać rzeczy, które dziecko zrobiło po to, aby dziecko samo na podstawie naszych słów doszło do wniosku typu: „Jestem w tym dobry”, „Świetnie rysuję”, „Mam talent”.

Zawsze liczyć się z uczuciami dziecka. Szanować je i akceptować.

Mam taką własną metodę w tym temacie. Kiedy mój starszy syn zaczął mówić, dotarło do mnie, że pojawił się trzeci głos w naszym domu. Znaczyło to, że jest jeszcze jedna osoba, która wie, czego chce, ma prawo, o tym mówić, może chcieć czegoś innego niż ja i mąż, lubić to samo bądź nie. Od początku tak traktujemy synka, co wiąże się z tym, że pytamy go o jego zdanie w jakimś temacie. Może się wydawać, że wymagamy od niego za dużo, jak na małego chłopca, ale w praktyce wychodzi tak, że po prostu więcej tłumaczymy, kiedy trzeba lub pokazujemy słuszność innej decyzji.

Pozwolić dziecku wyrazić siebie na takie sposoby, jakie mu najbardziej pasują. Pozwolić spróbować wielu zadań, sprawdzić, jakie ma talenty i które chce rozwijać.

I najważniejsze: akceptacja dziecka takim, jakie jest. Dziecko nie jest wykonawcą naszych niespełnionych bądź wyimaginowanych oczekiwań. Jest odrębnym, całkiem innym człowiekiem. Nie dawajmy mu też rad, bo te i tak najczęściej są zbędne. Nawet jeśli przy nas zrobi coś według naszej rady, następnym razem zrobi po swojemu. Tak działa przymus. Dzieci czują się też głupie, kiedy ktoś im doradza, denerwują się.

Potraktujmy dziecko od małego jak gościa, który z nami zamieszkał, próbujmy go jak najlepiej poznać, dowiedzieć się, jaki jest. Patrzmy z przyjazną ciekawością, naprowadzajmy zaś przez stanowcze, ale szanujące jego godność i uczucia, wytyczanie jasnych granic. Dbajmy o tę relację po prostu, jak o przyjaźń na całe życie, bo tym suma summarum ma być.

Powinnaś wydać książkę! Ja się wzruszyłam i sporo dowiedziałam, choć czytam literaturę pedagogiczną, psychologiczną, ale tak przystępnych informacji raczej mało na rynku… Bardzo dziękuję za tyle mądrych porad.

rozmawiała: Marta Szyszko

Comments

comments