Kiedy byłam narwana i młoda, chciałam od życia wiele – iść na psychologię, wydać swoje wiersze, mieszkać w Irlandii, zakochiwać się raz za razem, doświadczać, eksplorować, nachapać się. 

Zdarzało mi się odreagować życie jak w zegarku, codzienną rutynę, listę zadań nudnych i nudniejszych, tańcem w warszawskich klubach. Nie trzeba było dużo takich wyjść zorganizować, by wynudzić się nocnym, pustym, hałaśliwym życiem, które ściągało w większości frustratów, poszukujących swojego brakującego elementu układanki.

To w takich miejscach potrafiłam docenić, jak wiele w życiu udało mi się zbudować, i że każda nieprzespana noc warta była dziecięcego uśmiechu, że każdy wrzask z braku cierpliwości, był w pełni usprawiedliwiony, że każdy domowy obiad zaowocował lepszą odpornością i zdrowiem mojej rodziny.

Po 30 zboczyłam z tego łapczywego kursu i zrobiłam sobie prezent urodzinowy – rentowny biznes. Nagle okazało się, że wystarczy odkryć zawodową pasję, by moje talenty i tęsknoty znalazły idealne ujście. Możliwe do zorganizowania każdego dnia. Nie dostałam się na psychologię, ale regularnie mam w rękach pozycje GWP, które pochłaniam i dzielę się z wami przemyśleniami. Nie wydałam wierszy, ale publikuję swoje wpisy i zarabiam na pisaniu.

Dziś nadmiar energetyczny wolę rozładować pedałowaniem po lesie lub górskimi wędrówkami. Przestałam tęsknić za jakimś niedoścignionym życiem, przestałam myśleć o tych wszystkich miejscach, których być może nie zdążę zwiedzić. Cieszę się z kroków, które uda się postawić. Z małego, codziennego szczęścia. Z tego co mam i co jest w pełni wystarczające.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments