Kiedy pracuję, wyrzucam sobie, że brak mi uważności, a szczęście to bycie tu i teraz. Myślę o tych wszystkich miejscach, w których mnie nie ma, słońcu, w którym nie spaceruję, niewykorzystanych szansach, zamiast robić swoje, tu gdzie jestem. Bez zadyszki i karcącego poganiania, bez wytykania palcem rys, które żłobią taflę, niwecząc nieskazitelność i odbierając całą satysfakcję. 

Kiedy oglądam nierozwojowy serial, zastanawiam się, jak mogłam lepiej spożytkować ten czas, jakie zrobić postępy i obiecuję sobie, że nigdy więcej, choć nie mam lepszego pomysłu na odprężenie. No właśnie, nawet relaksowi narzucam jakieś wygórowane standardy.

Martwię się, że zmarnowałam tyle czasu, nie wiedząc tego, co wiem dziś. Patrzę na swoje marne początki i robię palm face. Ale bez nich nie byłoby mnie tu, gdzie jestem dziś, a bez dzisiejszej niedoskonałości, nie byłoby mnie jutro, tam gdzie się rozbiję, nie jak kierowca, tylko jak podróżnik z namiotem  na łące pełnej mleczy.

Nie ufałam, że moje myśli i spostrzeżenia warte są notowania i publikowania, bo nikt inny tego nie robił, więc na kim miałam się wzorować? Aż natrafiałam w sieci na podobne przemyślenia i doszłam do wniosku, że dla mnie ma to wartość, ktoś potwierdził moje odczucia, więc te mgliste wrażenia, które siedzą we mnie, mogłyby być wartością dla innych.

Sęk w tym, by działać, patrzeć na efekty i wyciągać z nich wnioski, bo te wszystkie: „czy na pewno?” niepotrzebnie blokują i marnują nasz czas. Temu, co rozbrzmiewa w nas tysiącem smaków i wrażeń, nie sposób założyć kagańca kontroli i uporządkowania. Trzeba zaryzykować, zaufać, przestać czepiać się tych cholernych szczegółów.

Nie warto wszystkiego poddawać ocenie. Wczoraj nie mogłam zrobić tego, co robię w oparciu o nową wiedzę, bo jeszcze tego nie wiedziałam – o sobie i o świecie. Byłam na tyle dobra, na ile mogłam być na tamtą chwilę. I dziś jestem na tyle dobra, na ile potrafię być. Nie muszę być lepsza, inna, bardziej dopasowana, bo to bycie sobą najbardziej procentuje. Sprawia najwięcej frajdy.

Autentyczność i akceptacja to praca na całe życie. Tak łatwo schować się za jedynie słusznymi radami i wzorcami, zacytować książkę, a nie przebłyski swojego autorstwa. Naśladować ślepo innych, zamiast dać kawałek siebie. Wyrzucać sobie, że nie jesteśmy tacy, jak oni, zamiast mieć zaciesz z tego, jacy jesteśmy i przyciągnąć ludzi swojego pokroju.

W dziurawych jeansach, na szarym chodniku i w za luźnej bluzie, która pamięta studia, czuję się najlepiej. Dla osób uporządkowanych jestem chaotyczna, nieprzystosowana i niewystarczająco schludnie ubrana. Gubię rzeczy, by nie przegapić momentu. Nie mam czasu na sprzątanie, bo ogarniam chaos wewnętrzny. Nie absorbują mnie przedmioty, bo absorbuje mnie życie.

Będąc sobą, ryzykujesz, że komuś to się nie spodoba, że wyśmieje, krzywo spojrzy. Ale nie będzie ci to przeszkadzać, nie tak, jak posłuszeństwo i dopasowanie do cudzych standardów. To luksus wiedzieć, co dla nas ważne, bo wtedy z lekkością odrzucamy wszystko, co zbędne. I nieważne, że kogoś to dziwi.

Może dziś nie zatrybi to, w co szłabyś jak w ogień. Goniąc marzenia, być może nie zawsze dotrzesz do celu, ale przynajmniej będziesz miała ubaw i garść doświadczeń.

IMGP4560 (1)

IMGP4585 IMGP4585 (1)

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments