Nie znam za dobrze tej kobiety.

Złożona z pomidorówki o czternastej, przytulania dzieci o dziesiątej i dwudziestej trzeciej.

Z picia podawanego w środku nocy i na każde zawołanie.

Z niedospania, ale szczęścia, które wszystko wynagradza.

Ciepła rodzinnego.

Z wrażeń.

Każda katastrofa lub jej zapowiedź musi ustąpić miejsca jasnemu porankowi, gdy od tygodni była ciemna noc z rześkim powiewem poranka.

Wrażeń i chwili obecnej nie zabiorą obojętność, odtrącenie, agresja. Zła energia wymierzona w bezbronne i niepewne jeszcze ‘ja’.

Codziennie powtarza sobie – odniesie sukces,  choć twierdzisz, że nie da rady.

Jest kimś, choć wskazujesz palcem, że nic nie osiągnęła.

Stawia kroki tam, gdzie chce.

Tylko wtedy dryfuje kilka centymetrów nad ziemią.

Nie jest konkretna, nie jest poukładana, nie jest przewidywalna.

W sercu wciąż odczuwa drżenie, które każe jej tworzyć, nawet jeśli nie jest to czas poetów.

Publikuje, choć boi się, co powiesz.

Pisze, choć to dla ciebie bez sensu.

Jest sobą, jakikolwiek miałbyś na nią plan.

Nie chce zastanawiać się, jak cię zadowolić. Chce klepania po ramieniu i potwierdzenia, że ma prawo do bycia sobą.

Kiedy nie doświadcza akceptacji bezwarunkowej, czuje się cholernie samotna.

Coraz mniej, bo uczy się sama sobie ją dawać.

Ale to sprawdzian dla bliskich relacji.

Nie każdy przejdzie go pomyślnie.

Woli autentyczny smutek niż najsłodsze kłamstwo i przekłamanie rzeczywistości.

Odzyskując prawdę, odzyskała siebie. I nie chce tego stracić, choć może stracić tak wiele…

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments