Gdy stan naszego konta wzrasta do niebotycznych rozmiarów, nieważne czy w wyniku uczciwej korporacyjnej orki, czy pozasystemowych, acz efektywnych działań, nic już nie jest takie jak przedtem. Czyli za czasów gdy ze spokojnym sumieniem mogliśmy ponarzekać, snuć plany i marzenia, a przede wszystkim mieć jeszcze do czego wzdychać.

Odtąd zamiast szczypać się i wydzielać z czego by tu zrezygnować, by na co innego wygospodarować środki, pojawia się fundamentalny dylemat: po co żyć, mając wszystkie marzenia odhaczone jako zrealizowane, przy założeniu, że rozbudzane na siłę konsumpcyjne pragnienia nie pokrywają się z tymi, do których wiedzie nas intuicja? 3,2,1- w takim tempie nuda okiełzna nowicjusza z podanymi na tacy truflami w czekoladzie. To już nie te czasy, gdy szczytem szczęścia była znienacka podarowana flanelowa koszula, która na kogoś nie pasuje, bo ma już w swej szafie trzy podobne, tudzież obszyte jedwabiem.

Utarło się, że pieniądze są gwarantem niezależności, ale to bez ich nadmiaru mogę snuć plany o wyjeździe za granicę, o podjęciu zatrudnienia w innym mieście, bo tu nie trzyma mnie ani kredyt na własne „M”, ani konieczność smarowania wazeliną prezesowego tyłka. Ze spokojem mogę skupić się na tym, co ważne: obserwować synka chrupiącego z krzaka malinowego pomidora bez pestycydów i córkę podlewającą na klombie koperek. Mogę napawać się aromatem herbaty z cytryną i niecierpliwie przerzucać stronice przejmującej powieści. Na ten komfort nie pozwoli sobie yuppie kiblujący na korporacyjnym stołku po 15 godzin w skali doby, któremu w wolnych chwilach sen z powiek spędza jego KASA- jak ulokować, spożytkować i pomnażać.

Nie stanowię targetu dla sekt, akwizytorów z ekskluzywnym must have towarem, a świadkom Jehowy po prostu zamykam drzwi przed nosem, gdy tylko zaczną świecić swoimi broszurkami o nowym, lepszym życiu. Z prawdziwym szczęściem jest trochę tak, jak z gonieniem króliczka: dopóki jest o krok przed nami, dopóty lokujemy w nim swoje nadzieje, energię i uwagę. Trzymany w garści królik na nic nam się zda, popchnie do szukania kolejnego celu. A gdy mamy całą zagrodę? To jest dopiero bieda i paradoks materialnego niedostatku.

Tymczasem nie muszę tracić czasu na wyprawianie ekskluzywnych przyjęć w pękającym od zbytku i przepychu salonie, z podanymi na srebrnej tacy krewetkami z Biedronki i łososiem w cieście francuskim, wziętym na kredyt. Tylko po to by okazać gościom jakimi są nieudacznikami, by choć na pięć minut kompleksy i naleciałości z trudnego dzieciństwa i młodości spędzonej pod socjalistycznym kieratem przestały uwierać pod żebrami.

Z przekorą i niedowierzaniem obserwuję lokalną panią krowiej zagrody, która bez ogródek wylewa swoje frustracje: „Pani, ja mam doić krowy bladym świtem, jak ci wszyscy bogaci śpią w najlepsze?! A potem sprzedawać za złoty dziesięć litr, gdy w sklepie po cztery złote chodzi? Oni się będą pławić w swoich luksusach, a ja co mam z życia?!” Chciałoby się rzec: radość z w pełni przespanej soboty i sernika po mszy, który smakuje lepiej, niż biedronkowe krewetki. Umiejętność cieszenia się z małych rzeczy, w której paradoksalnie tkwi szkopuł autentycznego bogactwa.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments