niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

Diady, triady i ostre papryczki

Tydzień 27

Październik 2010

Robię się kobietą udomowioną – dbam o porządek, pełną lodówkę i obiad na stole. Moje zmysły są zdecydowanie wyostrzone, toteż dania, które serwuje moja kuchnia stają się coraz smaczniejsze i ładniejsze. Kiedy zaczynałam gotować, pamiętam, że smak moich potraw pozostawiał naprawdę wiele do życzenia, zawsze jednak dbałam, aby talerz wyglądał niczym z najlepszej restauracji – wychodziłam z założenia, że smak jest kwestią gustu, a jedzenie po prostu musi się podobać :) Miałam szczęście, gdyż zawodowo związana byłam z wieloma restauracjami, wobec czego szefowie kuchni udzielali mi lekcji gotowania. I tym oto sposobem dania ładne z czasem nabrały smaku i charakteru.

Wczoraj postanowiłam zrobić spaghetti według autorskiego przepisu, w którym znalazły się również papryczki chili. Kiedy je kroiłam i wydłubywałam pestki, musiałam dotknąć dłonią policzka przy samym nosie, bo troszkę zaczęła piec mnie skóra. Po paru minutach piekło mnie już pół twarzy. Pobiegłam do łazienki, odkręciłam wodę i nabierałam raz po raz w dłonie, by przyłożyć do buzi. Po chwili było tylko gorzej. Czułam, że nie mogę złapać tchu, zaczęłam się dusić, mdliło mnie, a do tego ciekło mi z nosa i dostałam ślinotoku. Pomijam już fakt, że można było moją twarz pomylić z kolosalnym burakiem.

Ostatkiem sił zawołałam D. na pomoc. Gorączkowo zastanawiałam się czy dam radę wykrztusić, żeby wziął moją kartę ciąży jak będziemy jechali do szpitala, czy też nie dam rady nabrać aż tyle powietrza. D. przybiegł po chwili z połową bochenka chleba, abym go wąchała – nie pomogło. Po dwóch minutach pojawił się z cytryną, żebym ją ssała – nadal nic. Minęła znów chwila, która wydawała mi się trwać godzinę, kiedy D. przyniósł mleko i polewał mi nim dłonie i twarz. Powoli, powolutku zaczęło pomagać.

chili

 

Papryczki wyrzuciliśmy, a dłonie szczypały mnie i piekły po nich jeszcze do późnego wieczora. Nie wiem czy coś było nie tak z tymi papryczkami, czy może nagle dostałam na nie alergii, nie pamiętam jednak kiedy coś tak przeraziło mnie, jak te niewinne z pozoru, krwistoczerwone warzywka. Naprawdę myślałam, że się uduszę i widziałam już oczyma, nad wyraz rozwiniętej, wyobraźni jak na sygnale jedziemy do szpitala, gdzie duszę się, rodzę przedwcześnie i wszystko naraz.

W ogóle boję się, że poród zaraz się zacznie. Jestem wciąż podenerwowana, boję się, że nie zdążę. Z czym? Z niczym nie zdążę! Bo teraz samymi ogólnikami operuję najzręczniej – wszyscy są przeciwko mnie, nikt mnie nie rozumie, z niczym nie zdążę, wszystko wali mi się na głowę i tak dalej, wymieniać mogłabym w nieskończoność.

Śmieszne to, bo tak naprawdę nie mam się z czym spóźnić. Moja córcia jest w brzuchu, rośnie, kopie i łaskocze mnie z coraz krótszymi przerwami na sen. Urodzi się za prawie trzy miesiące. Psychicznie i emocjonalnie jestem gotowa na jej przybycie. Nie obawiam się, że życie przewróci się do góry nogami, jak to wiele osób stara mi się wmówić – D. powiedział, że uspokaja go myśl, że będziemy we trójkę. Ma rację, że brzmi to dużo lepiej niż teraz będziemy mieli dziecko, bo nie ma w sobie drugiego dna w postaci zapowiedzi wielkich zmian. Po prostu – będziemy triadą, zamiast diady – czy to nie radosna nowina? Ileż nowych możliwości otwiera przed nami!

Tę moją panikę odczuwam trochę tak, jakbym znajdowała się w zatłoczonym miejscu, kiedy czuję, że ciasnota i duchota uwierają mnie, zaraz nie wytrzymam i muszę w tej chwili, natychmiast wyjść. No proszę, czasem się mówi, że dwoje to już tłum – jakże to bywa prawdziwe, skoro wystarczę ja z moją córką, żebym zaczęła panikować :)

Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o