Kiedy przyjeżdżam na polską wieś, wzruszają mnie gwiazdy betlejemskie porozwieszane na latarniach. Uczestnicząc w mszy, spoglądam na te rodziny – takie polskie, pospolite i piękne w swej zwyczajności.

Nie wiem jak to jest za czterema ścianami, mogę się domyślać – przytyki rodziców lub teściów, pijany mąż, który musiał się znieczulić od codziennego życia, obowiązków i braku czasu na seks, bo każdy czegoś oczekuje.

Polska rodzina to więzy, wspólne święta, którego wpędzają w depresję niejednego singla. W tym kobiece łzy, bo znów nie miała chwili dla siebie, spełniając społeczne, rodzinne, kulturowe, w tym dziecięce oczekiwania.

Z jednej strony się wzruszam, z drugiej wiem – nie potrafiłabym tak żyć, w domu wielopokoleniowym, w strukturze, która ma dla mnie świetny plan na życie i na najbliższe weekendy. Z jednej strony lgnę do ciepła kaflowej, wiejskiej kuchni i pierzyny sprzed dekad, pod którą śpi się lepiej, niż pod silikonowymi wytworami, z drugiej doceniam, że mogę być na swoim.

Choć czasem te granice są forsowane. Bywają momenty przesytu. Polska rodzinność oznacza biesiadowanie kilka razy w miesiącu, suto zakrapiane alkoholem. A jak ktoś jest niepijący, to co ma z sobą zrobić?

Zaorani na co dzień obowiązkami, martwieniem się o pieniądze, o dzieci, w weekendy chcemy odpocząć, sprawdzić, czy nie ma nas w pokoju obok.

Ale zawsze jest jakaś okazja. Raz na jakiś czas się pokazuję, choć mam tysiące innych pomysłów na to, jak ulokować swój czas i pieniądze. Nie jest to wódka, ani śledzik.

Dlatego – odkładam na wyjazd nad morze, by dziecięce alergie się osłabiły, zamiast wydawać przyjęcia i w nich uczestniczyć.

Waham się, czy nie za dużo we mnie tego egoizmu i googluję problem – ‘przyjęcia rodzinne, na które nie mam ochoty’.

Jest nas pełno, młodych kobiet  sfrustrowanych staniem przy garach, by zadowolić dalszą rodzinę, by tradycji mogło stać się zadość. Zmieniły się czasy, zmieniły priorytety i powiecie – to kryzys więzi, kryzys rodziny, ale też, do cholery, triumf naszych potrzeb.

Chcemy robić karierę, to robimy, chcemy zajebiście spędzać czas, to spędzamy, chcemy urządzić sobie piżamowy dzień – urządzamy. Coś za coś.

Wszystko należy dawkować w odpowiednich ilościach i brać pod uwagę, że nie każdy został stworzony do przyjęć rodzinnych w co drugą niedzielę.

Czasem muszę powiedzieć zleceniodawcy, który proponuje psią stawkę lub barter – mój czas jest cenny.

Zdarza się, że taki sam przekaz wystosowuję w przypadku rodziny. I nie czuję się z tym źle, bo nie zamierzam się poświęcać, ani dogadzać innym kosztem siebie. Już nie.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments