Dzielenie swego życia na przed i po… powiększeniu się rodziny dawno odpuściłam. Bo niby po co porównywać to, na co brakuje skali ważności, z tym co powszednie i dostępne na każde zawołanie. A jednak nie mogę oprzeć się pokusie przywołania tych pięknych czasów, gdy nie byłam odpowiedzialna za tyle błahych i istotnych spraw.

Mogłam godzinami rozmawiać, patrzeć w oczy, śmiać się spontanicznie i nikt co chwila nie przerywał – załóż im skarpety, czy dzieci nie są głodne /nawet po wyżerce przy suto zastawionym stole –tego pytania się nijak nie uniknie/. Dzieci względnie dałyby się wyluzować, zajęte przybytkiem od Świętego Mikołaja, ale reszta świata skategoryzowała mnie jako matkę i nie odpuszcza.

Dzieci już nauczyłam, z chwilą gdy próg przekracza Tatuś, ja pracuję, On wykonuje i wysłuchuje wszelkich skarg, zażaleń i zamówień. Wszyscy jakoś się przyzwyczaili. Ale patriarchat wyziera znad świątecznego stołu, gdy wszelkie uwagi pośrednio i bezpośrednio dotyczące dzieci, zgłaszane są do matki. Głowa rodziny siedzi obok – siedzi i się delektuje, a kobieta podskakuje jak w ukropie, bo z ości obrać, bo pokroić, bo piciu – siczku. Tak jakby mężczyzna niczym posąg, niezdolny był do przejawienia uczuć wyższych, empatii, wykonania ruchu widelcem lub spłuczką. On po prostu jest, tak go nauczono i ciężko jest odwrócić kijem Wisłę, choć zawracam.

Kiedy mogę być sobą? Poza kontekstem kuchniano – powszednim, między Przyjaciółmi i na parkiecie w pubie. Wtedy rozmowy nie krążą wokół jednego tematu, bo nie mam na czole wypisane – matka. Wtedy dumnie obnoszę się swoim imieniem, choć nie da się uniknąć pytań – masz męża i co ona na to, że jesteś żeńską ekipą na imprezie? Ano, nic, nie może się doczekać swojej imprezy firmowej i założę się, że nie będzie wtedy bombardowany tym, co mu przystoi, a co nie.

Dorosły świat, sprawy niezwiązanie z żywnością, wychowaniem, spaniem o regularnych godzinach, to to, czego brakuje mi w chwilach, gdy myślę sobie – do diaska, jestem człowiekiem, jak każdy i nie musi porywać mnie dożywotnio temat różowych stópek, tylko dlatego, że swego czasu się na nie zdecydowałam.

Dobrze, że moje dzieci usamodzielniają się w miarę równomiernie ze wzbierającym we mnie przekonaniem, że matkowanie to niezwykle ważna, nieodwracalna, odpowiedzialna i wzruszająca, ale jednak ROLA. Jedna z wielu jakie przyjdzie mi pełnić!

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments