niedoskonała mama

niedoskonała mama

DSC_0363
felieton

Czego nauczył mnie 2018? Nie zrobię wszystkiego dla sukcesu

Nie wypiję kolejnej kawy, gdy powieki opadają. Schowam się w miękkiej pościeli i nastawię ogrzewanie tak, by nie było ani za zimno, ani za gorąco. Dyskomfort jest zbędny. Walka ze sobą też. Nie będę zaprzeczać, że jest mi dobrze, żeby nie zrobić przykrości komuś, komu nie jest. To nie egoizm. Nie będę bać się okazywać zadowolenia, by nie kusić osób, którym przeszkadza ono na tyle, by chcieć je zmazać z mojej twarzy ostrym komentarzem.

Nie będę zawalać pracą weekendów i wieczorów. Spędzę je z rodziną i ze sobą. Na wszystkim i na niczym. Nie zrobię wszystkiego dla sukcesu, czas dla bliskich to świętość. Nie będę działać wbrew sobie, goniąc ślepo za zyskiem. Wsłucham się w siebie, zamiast ulegać presji pośpiechu i mnożenia trofeów kosztem chęci życia.

Zaufam, że nawet gdy gdzieś nie zdążę, to może nie warto było otwierać tych drzwi. Może dzięki temu odnajdę spokój? A może go nie stracę?

Będę się delektować każdą chwilą i w każdej będę na 100%. Wszystko jest po coś. Każda chwila ma znaczenie. To wcale nie znaczy, że każdą musisz wyciskać jak cytrynę, bo czasem to bezruch jest tym, czego potrzebujesz.

Nie będę snuć czarnych wizji, jak sobie poradzę, gdy (wpisz dowolne-chłop mnie kopnie, klienci oleją, dojdę do wniosku, że wszystko nie ma sensu, zdrowie się sypnie). Będę doceniać podwójnie, że na tym etapie nie muszę tego rozgryzać. Nie będę zabezpieczać się przed burzą, gdy w moim życiu zefir. Samo myślenie o najgorszym może odebrać radość, która jest na wyciągnięcie ręki. Czasem banalne popołudnie i odrobina słońca wystarczą, by poczuć, że to był najpiękniejszy dzień twojego życia. A nie było fajerwerków, krewetek i szampana. Była zwyczajność, ciepło i sens.

To nie oznacza zamykania oczu na problemy, ale celebrowanie dobra bez podtekstu czającego się zła, które tylko czeka, by mi zmącić radość. Gdy nadejdzie, stawię mu opór, nie pozwolę zabrać więcej swoim zadręczaniem się po fakcie. Przyjmę zło i jak najszybciej odpuszczę. Nie będę pogłębiać strat. Przyjmę je bez chowania urazy, szukania winy w sobie, knucia zemsty, wyrzucania sobie, że mogłam temu zapobiec. Nie na wszystko mam wpływ.

Nie będę wstydzić się swoich błędów, oznaczają one, że mam odwagę działać, mimo niedoskonałości. Przyjmę z pokorą prztyczki w nos i zamiast je rozpamiętywać, zaparzę herbatę, szukając w sobie tego spokojnego miejsca, w którym jestem całkowicie pogodzona ze sobą i światem. Przypomnę sobie, że jest tyle innych miejsc, w których warto być, gdy zaliczam porażkę. Nauczę się tyle cierpliwości, ile będzie trzeba.

Uwierzę, że jestem dość dobra bez poprawek, retuszu, bez udawania, nieprzyznawania się do wszystkiego. Zaakceptuję punkt wyjścia, a dopiero potem zabiorę się za porządki i zmiany, o ile uznam, że w ogóle jest coś do poprawy. Powiem prawdę, choć niewinne kłamstewko tyle by ułatwiło, ono zawsze rodzi kolejne, a potem człowiek nie tylko gubi się w kłamstwach, ale jeszcze jest na nie znieczulony.

Zaufam, odpuszczę, nie wyrobię się czasem. Przeżyję wtedy, roześmieję się, powiem: UPS… I co mi zrobisz? Krytyka i sianie niepewności już nie mącą mojej pewności, swoje wiem, pokładam zaufanie w swoich umiejętnościach i ocenie sytuacji, a wtedy nie tak łatwo zbić mnie z pantałyku.

DSC_0363

Marta Szyszko

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o