niedoskonała mama

niedoskonała mama

felieton

Ciocia dobra rada

Nie wiedzieć czemu od najwcześniejszych lat wzbudzałam w otoczeniu krwiopijcze instynkty. Każdy, kto musiał rozładować stres, podrażnić się z bliźnim lub bezkarnie go opluć, upatrywał we mnie wspaniały materiał do urobienia. Pewnie winę ponosi ten look on my face, wypisany na czole kod- bezbronna, nieasertywna, zakompleksiona.

Począwszy od szkoły podstawowej życie zatruwał kolega z klasy, nieustannie przypominając: „Ruda wiewióra, opalała się przez sitko”, który cienkim głosikiem zaczął śpiewać, gdy wyrosły mi piersi i odtąd rumieniąc się, bezskutecznie zabiegał o moje względy. Role odwróciły się, gdy jego nieśmiałe „no cześć” kwitowałam bryłami lodu w oczach, zaciętym wyrazem twarzy i gorzkim milczeniem. Ciemiężenie trochę ucichło w liceum i na studiach, gdzie trafiłam do grona ambitnej młodzieży, która masowo spotkała się z szykanami w szkole powszechnej, a teraz ze spokojem mogła skoncentrować na tym, co lubiła najbardziej, czyli dobrych stopniach.

Gdy spojrzę wstecz i naprzód coraz częściej nachodzą mnie myśli, że był to najbardziej bezowocny i zmarnowany czas w życiu, który poza papierkiem, równie przydatnym do podtarcia czterech liter, co w profesjonalnym CV bez mocy rażenia, wbrew obietnicom nie zaowocował lepszym startem na rynku pracy. Nie wytrenował, bowiem najbardziej pożądanej umiejętności, cechującej ludzi z ambicjami: rozpychania się łokciami i twardego lądowania na tyłku, w przeciwieństwie do jego wypinania, niewymagającego szkoleń, fakultetów, ani znajomości języków obcych.

Ponowne nasilenie szykan nastąpiło, gdy zaczęłam pojawiać się w osiedlowym jordanku z niemowlęciem w wózku i łatką gówno wiedzącej, początkującej mamy. Moja nieporadność działała na lokalne, starsze panie niczym płachta na byka. Te akurat stanowiły najmniejszy problem, łatwo je było spławić bezczelnym „ja nie pojemaju”, a potem odwrócić się plecami i szczebiotać do maleństwa w ojczystym języku. Gorzej, jeśli w ciocię dobra rada zamieniały się osoby z bliskiego otoczenia, generując wymuszony uśmiech i doprowadzając do podskórnego bulgotania ze złości, na rodzinnych uroczystościach. Kiedy ciśnienie stawało się nie do zniesienia, zrezygnowana opuszczałam pole rażenia, kwitując wszelką krytykę nagłym bólem głowy, okropnym zmęczeniem lub nie cierpiącą zwłoki niestrawnością, na skutek nieodpowiednio skomponowanego menu podczas przyjęcia.

Żeby było jasne, też kiedyś należałam do grona szczebioczących mamuś, które regularnie podcierały noski, osuszały łzy, nim te miały możliwość spłynąć z wielkich oczu, po zawiedzionej buźce. Dziś jasno wyznaczam granice, udowadniam, że potrafię płakać bardziej przejmująco oraz wyrażać złość z większym impetem niż moje nieopierzone kurczęta. Podczas, gdy inne rodzicielki szczycą się, że za mycie zabawek biorą się nie co dzień wieczorem, jak sugerują pedagodzy i specjaliści od higieny, ale dopiero wtedy, gdy zaczynają się lepić, ja dokładnie tę samą zasadę stosuję wobec moich dzieci.

Wredne i nieposkromione matki, ciotki i teściowe, którym nóż się na ten widok w kieszeni otwiera, milczą skonsternowane, bo wolą po opuszczeniu zaniedbanego potomstwa, wylewać żale między sobą, niż ryzykować honorowe miejsce na czarnej liście osób, które do mojego domu wstępu nie mają.

Marta Szyszko

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o