W końcu kiedy piszę – czuję się bardziej ze sobą. Może boję się, że kiedy wreszcie skończę nic ze mnie nie zostanie? Że zaprzeczę w ten sposób sobie samej… Nie wiem. Wiem tylko, że ostatni rok, albo i kilka ostatnich lat, uciekam. Uciekam przed sobą, przed tym, co naprawdę chcę i kim mogłabym być, gdybym nie chciała uciekać.

Może ucieczka jest wpisana w mój stan posiadania? Może potrzebuję jej, jak powietrza, by – kurwa – żyć?

Ostatnio klnę dużo więcej niż kiedyś. Jemu się to nie podoba, dla mnie ma neutralny wymiar. Mały powtarza po mnie czasem z wyzwaniem w oczach, któremu mogę sprostać tylko śmiechem, tylko grożąc palcem, za którym jednak skrywam uśmiech, więc oczywiście on dostrzega, że to tylko żart, to moje grożenie.

Będzie klął jak szewc, jak mały żul, jak menelik z blokowiska, z którego niby go zabraliśmy. Pojedzie – kurwa – do wielkiego miasta, do swojej ukochanej Warszawy-Zasrawy i wyśmieje ten nasz wybór, który rzucił nas poza miasto, na obrzeża i na skraj w sensie dosłownym.

Może potem wróci, może też będzie uciekał, a może gonił za czymś tak nieuchwytnym, co nada cel jego życiu. Może będzie pisał jak matka, a może siedział na górskich pustych szczytach jak ojciec, może będzie sam, a może nie? I wieczne morze otwiera się przed nami jak bezkres zbyt wieczny, nieskończony po samą rację bytu lub jej brak.

Poza obiegiem, poza krwioobiegiem

Może ja też czuję się tu na skraju? Może się czuję poza obiegiem? Może tylko wmawiam sobie, że to dobrze, że dobrze mi poza tym obiegiem, poza pędem, w którym gna ten świat, a jednak zupełnie nie umiem uwolnić się od tego pędu w mojej głowie? Od pędu, który sama sobie narzuciłam? Z którym zżyłam się za poprzedniego życia i może zwyczajnie nie potrafię się od niego uwolnić? Nie potrafię uwolnić od niego swoich myśli, nie potrafię go porzucić.

– Mamusiu, nie żyj w locie…

Mały mówi prosząco, trochę żartem: – Mamusiu, nie żyj w locie.

Obejrzał z babcią film na motywach „Małego Księcia” i tak mu się przełożyło na obraz matki, która ciągle pędzi, ciągle coś musi i jest wiecznie obok, chociaż niby z nim. A ja nie wiem, czy potrafię. Czy ten mój lot nie jest za bardzo mój, żebym potrafiła się od niego uwolnić? Może zwyczajnie tak już mam, po prostu taka jestem! I wszelkie próby zmiany, nawet maleńka nieśmiała chęć zwolnienia kroku, będą musiały przełożyć się na jakąś totalną katastrofę? Ale on o tym nie wie, próbuje przywrócić zbyt odległą matkę do dzieciństwa. Robi to intuicyjnie, jakoś tak mimo woli, ale stanowczo i zdecydowanie. Próbuje…

Na mniejszą skalę?

No bo w końcu, jakby odebrać podróżnikowi możliwość podróżowania, czyli to, co go napędza, albo zabrać cyrkowcowi jego zwinność i gibkość, to może właśnie jest tak samo, jakby mi zabrać ten pęd wieczny, ten mój lot, który niby przeszkadza, ale może zwyczajnie jest mi niezbędny? Może tylko wszystkim się zdaje, że powinnam zwolnić, zatrzymać się, nie pędzić? Może ja bez tego pędu, w nagłym zatrzymaniu przestanę istnieć? Nie wiem. I nawet nie wiem czy potrafię spróbować. Czy potrafię nagle teraz nauczyć się żyć inaczej, nie w biegu, nie w locie, w niedziałaniu lub choćby w działaniu na mniejszą skalę? Może tym ciągłym działaniem, nawet wtedy gdy nie muszę, coś potwierdzam? Może ono daje mi pozór, że istnieję? Może dzięki niemu istnieję na pozór? Może…

Kot na punkcie braku motywacji


A może mam kota? Tak! Na pewno mam kota! Na punkcie braku motywacji, na punkcie całkowitego braku potrzeby motywacji. W istocie nie potrzebuję motywować się do tego, co naprawdę chcę robić.

Muszę sobie tylko na to pozwolić, znaleźć w sobie wolną przestrzeń na to robienie i przestać wyrzucać sobie, że komuś, czemuś innemu zabieram czas!!! To moje błędne koło, ta pętla, która zaciska mi się na szyi, odbierając radość, powodując ciągłą złość, rozdrażnienie, niezrealizowanie. Jak mogę się realizować, nie dając sobie prawa do tego, do tego żeby poczuć, że mam czas, mogę sobie na niego pozwolić.

Mam – kurwa – prawo, żeby chcieć coś dla siebie i nie jest to niczyim kosztem. To jest po prostu równorzędne. Może istnieć obok mojego niedoskonałego macierzyństwa, obok dziecka, które siedzi z książką przy mnie i próbuje samo czytać, żebym ja mogła skończyć i nawet nie domaga się chwilowo gromkim głosem mojej uwagi. Zaczytało się :). Jesteśmy obok siebie, ale to przecież nic złego! Muszę przestać sama siebie karcić za niedostateczną uwagę, którą mu poświęcam, bo ona staje się niedostateczna. Nie dlatego, że jest jej za mało, że ja za mało uważam, ale dlatego, że tak myślę! To w mojej głowie rozsiadł się ten kot, a nawet kilka kotów ;) i muszę się z nimi uporać dla własnego dobra i dla dobra wszystkich wokół.

To jest mój czas i moja przestrzeń. Muszę pozwolić sobie na niego i na nią, na ich zaistnienie w moim życiu. Tylko tyle i aż tyle – mój kot ;).

Tatiana Andrzejczak

wsercugorzlotych.wordpress.com

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments