Kto tego nie zna? Zwłaszcza kobiety, a już zwłaszcza po trzydziestce, zapadają na tego kota ;). Uwidzi im się, zacznie drążyć dziurę w całym i już nieszczęście gotowe!

Zwolnić, odetchnąć, dać sobie prawo do… robienia i nierobienia, do cieszenia się, zauważania i dostrzegania. Po raz kolejny żyć dla siebie, dla najbliższych ludzi wokół. Przestać być „w ciągłym locie” w biegu, pędzie i ciągle z siebie niezadowoloną, że za mało, za wolno, zbyt nieproduktywnie.

Nauczyć się, że życie jest dla mnie, czas i przestrzeń są dla mnie, a nie odwrotnie. Zacząć nie planować i nie motywować się ciągle do czegoś! Dać sobie pozwolenie na pojawienie się w życiu spontaniczności, spokojnego, uważnego przyglądania się światu. Dać sobie prawo do nierobienia. Odpocząć.

Chcę tworzyć

Znaleźć czas na tworzenie kamieni, szafek i przestrzeni dookoła siebie i w sobie – książka, która już dawno we mnie dojrzała, ale ciągle odkładam jej skończenie na potem, na wieczne potem, które w końcu zastanie mnie za daleko, zbyt odległą, zbyt już inną, żeby jeszcze została we mnie ta iskra potrzebna do jej dokończenia.

Czuję, że nieuchronnie oddalam się od siebie, starając się być matką… ciągle niedospaną, pokrzykującą i niezadowoloną z siebie i z otoczenia… Nie chcę! Nie chcę, by moje dziecko taką mnie zapamiętało! Żeby dzieciństwo kojarzyło mu się z miotającą się matką, która za bardzo nie wiedziała czego chce i czego sama potrzebuje, by była zdolna dostrzec jego potrzeby. Niby się starała, niby była, gotowała, zaprowadzała i odbierała ze szkoły, pilnowała, żeby odrobiło lekcje, ale myślami nie było jej wcale!

Ciągle była tam, gdzie nie zdążyła, w tym, czego nie zrobiła i tam, gdzie przecież koniecznie musi… zapominając przy tym, że można się cieszyć, uśmiechać, zatrzymać… zobaczyć i zostać w tym zapatrzeniu. Że nie trzeba gnać i pędzić nieustannie gdzieś do celu, tak, że aż w tym pędzie gubi się całkiem i cel, i sens, które przestają napędzać, a stają się zbędnym balastem, który przytłacza, podcina skrzydła, nie pozwala na lot swobodny, na opadanie za horyzont.

Chcenie i niechcenie i ona jako matka celująca

Czy zdoła się zatrzymać w nic nie robieniu, albo w robieniu tego, co naprawdę chce? Czy odkryje, czym jest to chcenie, tak prawdziwe aż do szpiku kości?

Na pewno chciała mu dać spokój, którego jej samej tak brakowało w dzieciństwie, a jednak, mimo woli dawała krzyk i narastające poczucie niezadowolenia, dojmującego niespełnienia, które wypełniało i wypalało ją aż po czubek głowy, po szczyt myśli i ciągłego strofowania siebie, że za mało, za wolno, za słabo i wciąż nie dorównuje… Komu? Czemu? Sama już nie wie. Nie wie dokąd zmierza i za czym tak goni bez celu.

Cel zagubił się w pół drogi, w pół kroku i w pół biegu.

Zdawało jej się kiedyś, że tym celem są oni dwaj, jest jej rodzina odzyskana, zyskana? Ta, której myślała, że już nie będzie miała. Więc zapewnienie jej spokoju, życia poza pędem, stało się celem nadrzędnym, ale się pogubiła i sama wpadła w wir, wytworzyła w sobie taki pęd, który zagłuszał myśli i uczucia. Zgubiła się w tym, co tak naprawdę chciała im dać.

Gdzieś po drodze myślała, że pracując równo z mężem osiągnie cel spokoju, że w ten sposób zapewni, zabezpieczy, za… Ale nie wyszło, bo to oznaczało, że dziecko nie miałoby wcale rodziców, bo całkiem byliby od czasu do czasu i nie daliby dziecku niczego poza pokojem pełnym zabawek bez rodziców, gdyż oboje byliby wtedy nieobecni.

Tak – kiedy ona nie pracowała lub pracowała mało (zbyt mało na to, co miała wtłoczone w głowę. Na tę powinność wieczną, przedwieczną, napędzaną na ciągłe niezrealizowanie.) –mogła przynajmniej stwarzać iluzję, że jest matką, że się zajmuje, czas spędza, odprowadza, zaprowadza, spełnia matczyne powinności. Tylko gdzieś po drodze zabrakło miejsca na radość, na uśmiech, że w końcu jest to dziecko, że są oboje, że są we troje…

On to potrafi. Potrafi się oderwać, potrafi rzeczywiście być, choć może dużo mniej czasu poświęcić i wygospodarować, bo przecież dźwiga na barkach ciężar ich istnienia, ciężar jej istnienia… Ten stan wżynał się w jej podświadomość niczym zbyt ciężkie siatki do przytargania, zaciskał się na szyi odbierając swobodny oddech. Ciągle był gdzieś w zawieszeniu między nimi, w nierozpoczętych kłótniach lub w samym ich zarzewiu. Tak czuła… i odbierał jej radość wraz z innymi stanami narzuconymi. Narzuciła je sobie, jak tę iluzję, że potrafi zająć się dzieckiem, że może kiedyś nauczy się z nim bawić, a nie tylko siedzieć z komputerem. Zresztą on też mistrzowsko potrafił jej to wyrzucać…

Za mało matczyna…

Teraz też kradnie czas, który mogłaby z nim jeszcze spędzić. Znów karci się w myślach, chociaż przecież cały dzień spędziła przy chorym dziecku: siedząc, głaszcząc, karmiąc i podając leki, czytając i puszczając bajki. Niewystarczająco dobra matka, ciągle i wciąż za mało matczyna! Ma tyle powinności narzuconych, które duszą jej spontaniczność, zabijają radość, nie pozwalając pełniej odetchnąć. Czemu macierzyństwo jest ciągłą sprzecznością? Czemu nie jest jak z tych pism kobiecych i rozwojowych takim stanem wzrastania, które wskazuje kierunek, napędza twórczo i właśnie rozwojowo? Czemu jej macierzyństwo nie poszło tym torem? Czemu się zagubiło gdzieś po drodze w niezrealizowaniu?

Tak bardzo chciała, żeby dziecko pamiętało, że matka była zrealizowana, że się realizowała, emanowała spokojem i pewnością siebie, a tu… kurwa (!) nic z tych rzeczy i wszystko na opak! I te kłótnie z nim – z ojcem dziecka – o to dojmujące poczucie niezrealizowania. Te kłótnie, które zbyt często wybuchały przy dziecku małym i coraz większym, chociaż przecież oboje wiedzieli, że tak nie powinno być. Gdzieś w sobie nie chcieli, a jednak toczyli je ciągle przy nim, jak przy niemym świadku ich nieudolności, nieumiejętności by odczekać, pokłócić się później, kiedy uśnie, kiedy będzie w szkole. Na szczęście nie był świadkiem kłótni dramatycznych i stanów załamania, w których zalewała się łzami bezsilności nie mogąc opanować drżenia, które wyrywało się z samego środka jej jestestwa.

No więc pokłócić się później nie umieli. Oboje wybuchowi, oboje nie potrafili zapanować nad sobą, zbyt wiele emocji w nich buzowało, by mogli odkładać je na później.

cdn…

Tatiana Andrzejczak

wsercugorzlotych.wordpress.com

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments