Widzę, jak się uśmiechasz na widok tego tytułu, pewnie jesteś ciekawa, jak dzieci nadepnęły mi dziś na odcisk. Czy też jestem złą matką, za którą nie raz się uważasz. Która z nas bardziej przegięła i czy trzeba to już leczyć, a może jeszcze ujdzie…

Nie mam nic konkretnego na myśli, poza okolicznościami, z którymi najchętniej bym się pożegnała i w miarę możliwości robię to.

Bilanse dziecięce mnie nudzą. Samo umawianie ich, gdy akurat w tym momencie dzieci, jak dwa hałaśliwe ratlerki, domagają się uwagi, sprawia, że nie pamiętam terminu ani godziny. Dobrze, że przysyłają przypomnienie, aby w razie rezygnacji wysłać sms o treści: nie. Tatuś, który dotąd nie zaprzątał sobie głowy łażeniem po pigułach, wreszcie się poczuje. To dla niego takie świeże, dziewicze wręcz tereny.

Nie lubię dzieci drących się w miejscach publicznych. Tak, wiem, często chodzi o moje własne (czy to moje dziecko tak kwili, czy sąsiada bachor drze japę?). Nie mam cierpliwości ani do własnych, ani do cudzych. Tam gdzie powinna być anielska cierpliwość, jest pustynia. Cieszę się, że mam starsze dzieci, że można też z nimi normalnie, po ludzku porozmawiać.

Nie lubię przerywać snu. Bo potem trudniej o koncentrację, wiek na twarz wyłazi, czuję się stara, zmęczona życiem. A lubię zwiewność, lekkość. Dostęp do własnej energii.

Nie lubię smutnych woźnych w szkołach o poranku. Nerwowych rodziców szarpiących dzieci, nie lubię, gdy sama się w takiego rodzica zmieniam. Co innego patrzeć z potępieniem i poczuciem wyższości, co innego być w centrum zainteresowania jako osoba, która nad sobą nie panuje, a powinna.

Kiedy coś mi w życiu nie wyjdzie, boje się, że będą tylko taką matką przy dzieciach. Żoną przy mężu. Przeciętną, sfrustrowaną, o zacieśnionych horyzontach. Że kiedyś powiem – to wasza wina, bo miałabym tyle czasu dla siebie i tyle horyzontów stojących przede mną otworem. A wcale nie miałabym. I nikogo do obrzucenia winą za własne niepowodzenia również.

Kiedy widzę, jak dzieciaki radośnie podskakują, entuzjazmują się każdym drobiazgiem, kiedy słyszę: kocham cię, mamusiu i dostaję zaślinionego całusa, mam poczucie, że to one napompowują mnie energią i przypominają o tym, co w życiu ważne.

A przecież to moja rola.

Bywam niecierpliwa, zirytowana, może zmęczona, może marząca o chwili spokoju?

Wstydzę się tego, co wtedy myślę. Ale przechodzi mi, gdy mój mąż po prostu to mówi i się nie wstydzi, ani nawet nie czuje z tym źle.

Marta Szyszko

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments