Są takie poranki, gdy budzę się i czuję, że to wszystko bez sensu, niezależnie od widoku za oknem. A przecież pozornie wszystko jest na swoim miejscu.

Wtedy biorę głęboki oddech, zamiast łapczywie rzucać się do działania. Chwila refleksji: może nie warto, może lepiej oprzeć głowę o leżak i wystawić twarz do słońca.

Nie muszę korzystać ze wszystkich nadarzających się okazji. Nie jest to potrzebne, nie jest to możliwe. Wolę patrzeć niż fotografować, być zamiast kolekcjonować.

Kiedy podchodzę do spraw ze spokojem, pogodzona, że coś wcale nie pójdzie po mojej myśli, znienacka pojawiają się możliwości. Nie tylko mogę dopiąć swego, ale jeszcze przebierać w opcjach, których wcześniej, spanikowana, nie dostrzegałam.

Nie muszę hodować poczucia winy za nietrafione decyzje. Mogę w każdej chwili wrócić do tego, co dobre, sprawdzone.

Chcę niezobowiązujących rozmów, nieproduktywnych chwil, zatrzymania się i bycia. To bezinteresowne bycie pompuje we mnie sens, który gubię w pośpiechu i nadgorliwości.

Wierzę, że jak się zatrzymam, świat na mnie poczeka. W tym czasie fale będą roztrzaskiwać się o brzeg, słońce topić w czerwieni horyzontu, wiatr smagać policzki, piasek skrzypieć pod bosymi stopami. Dam sobie czas, będę się napawać, bo to się więcej nie powtórzy.

Życie to nie bieg przez płotki, nie nerwowy trucht. Bezruch też. Ale nie bezruch bezradności i zobojętnienia, tylko ten, który jest czystą energią, spokojem, pewnością, zaufaniem i zakotwiczeniem. Gdy z ręką na sercu nucisz: „Kocham cię życie…”

Czas nie ucieka przez palce, gdy się zatrzymasz. Przesypuje się jak piasek, spada na twoje uda i łaskocze, dzięki czemu czujesz, że jesteś.

Marta Szyszko

DSC_0067

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments