Każdy z nas miewa życiowe kryzysy. A to z pracy Cię zwolnią, a to w związku się nie układa lub związku brak, a to słońca brakuje, bo na dworze od 3 miesięcy tylko szaro, buro. Wtedy zza chmur wyłania się On –  Kryzys, a „nic mi się nie chce” jest najbardziej widocznym jego objawem. Czy można coś z nim zrobić? Oczywiście, że można. Można z nim wyjść do ludzi.

Tak po prostu wyjść z domu i spotkać się z kimś. A właściwie najpierw umyć się, ubrać, uczesać, zamknąć drzwi na klucz i opuścić swoje bezpieczne, ciepłe, ale niezwykle samotne gniazdo. I nie będę rozpisywała się o psychologicznym znaczeniu spotkania z drugim człowiekiem, o wsparciu i oparciu, bo na ten temat napisano już wiele. Skupię się na samym procesie spotkania.

Kiedy dopada nas kryzys na samą myśl, że mamy się z kimś spotkać, coś w środku krzyczy: „ale mi się nie chce, odpuść!”. Znacie to? Dzwoni naprawdę dobra znajoma. Ba! Przyjaciółka – człowiek z zasady nam życzliwy. Proponuje spotkanie, a my pierwsze, co mamy ochotę zrobić, to odpowiedzieć: „nie, dzięki”. No i oczywiście jest to jedna z opcji. Odłożyć słuchawkę, zaszyć się pod kocem z nadzieją, że teraz wszyscy dadzą nam święty spokój. Z doświadczenia wiem, że koc jest małomówny i kiepsko tuli, i choćby nie wiem, z czego był wykonany, nie zastąpi drugiego człowieka. Nie, kot też Ci go nie zastąpi!

Co daje takie spotkanie? Ruch i działanie, bo trzeba wstać, ruszyć się, uprasować co nie co, ogarnąć włosy, wybrać coś z szafy, nałożyć buty i wyjść. I samo to ma działanie zbawienne. Śmieszy Cię to? Mnie też, ale naprawdę nic nie działa cudów, jak ruch fizyczny w każdej możliwej postaci. Czy gimnastykowanie się ze spodniami, prasowanie lub zamykanie drzwi kluczem do nich nie należą? No właśnie, więc jest to już pierwszy krok, który daje malutkiego kopniaka do tego, żeby zamiast pogłębiać kryzysowy dół, wstrzymać proces zakopywania się w niego.

W końcu kiedy udaje Ci się wyjść z domu, zażywasz mojego najbardziej ukochanego sposobu na wszystko, czyli spaceru… bo do auta trzeba jakoś dojść. A najlepiej mają Ci, którzy muszą dojść na przystanek. Choć osobiście polecam dłuższe wyprawy na nogach, to w dobie kryzysu, lepsze 100m niż nic. Dobra, spacer zaliczony, a przy okazji kilka wdechów powietrza. Wiem, nie zawsze świeżego, bo trudno w centrum miasta mieć idealną czystość, ale zapewniam Cię, że lepsze to niż powietrze znajdujące się w pomieszczeniu „kryzysanta”.

Następnie wreszcie docieramy na to „nieszczęsne” spotkanie z człowiekiem. Buzi, buzi, uścisk, uścisk i pora wybrać rodzaj kawy/herbaty, którą będzie się sączyło w trakcie rozmowy. I od tego momentu mogą się zadziać cuda, ale nie takie, że wszystkie nasze problemy znikną, a wątpliwości nagle zostaną rozwiane. Nie, cuda będą się działy w sercu. Jeśli oczywiście naszą główną taktyką spotkania nie będzie postawa: „nie dotykaj mnie, nie pytaj, daj mi święty spokój”, to jest ogromna szansa, że wychodząc z niego nasz nastrój będzie odrobinę lepszy, aniżeli ten, z którym stawiliśmy się na nie.

Nie wiem, co działa u Was, ale dla mnie zdania w stylu: „jest kiepsko… nie wiem, co dalej… nie wiem, co robić… &*$#^ [wstawić odpowiednie przekleństwo] wypowiedziane głośno mają moc sprawczą. Tak, jakby z plecaka, który się dźwiga, wyjąć kilka kilogramów zbędnych kamieni. I nie chodzi tu o użalanie się, chociaż nie wpadałbym w panikę. Użalanie się i martwienie na zapas są jak beza z kremem. Raz na jakiś czas krzywdy nie zrobią, ale potem trzeba wstać i ruszyć do działania. Zamiast autobusu, wybrać spacer! Bezcenny zarówno na użalanie się nad sobą jak i w przypadku bezy… z kremem… i kawy… z bitą śmietaną… trenerzy personalni są proszeni o łaskawość i wyrozumiałość – jesteśmy tylko ludźmi!

Niech to spotkanie potrwa 30 minut, ale niech do niego dojdzie. Wyjście z domu, ruch (nawet minimalny) i drugi człowiek to najtańsza recepta na odłożenie łopaty i zaprzestanie kopania dalej. Owszem, zawsze można na siłę sprawdzić, gdzie jest nasze kryzysowe dno i gdzie mamy swoje granice wytrzymałości… ale po co?

Natalia Knap

Natalia Knap

Psycholog, trener, masażysta. Przez wiele lat pracowała z osobami uzależnionymi oraz młodzieżą, by po latach poczuć, że to, czym chcę się zajmować to szeroko pojęty rozwój osobisty oraz praca z ciałem. Lubi towarzyszyć ludziom w ich odkrywaniu siebie. Jej ukochany masaż to masaż hawajski Lomi Lomu Nui. W wolnych chwilach oddaje się pisaniu, malowaniu i spacerowaniu. Jest autorką bloga orzezbieniuglowy.blogspot.com

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments