niedoskonała mama

niedoskonała mama

pobrane
felieton

Bądź proaktywna, nawet z ołowiem w pośladkach

Proaktywność to klucz do sukcesu i skuteczny antydepresant. Bo czasami jak zalegniesz, to prędko nie wstaniesz. A prędzej czy później, ruszyć się będzie trzeba. Z poniedziałkiem, z pierwszym dzwonkiem, z niemrawą i niechętną pobudką. Dobrze, gdy jednocześnie motywują cię do tego twoje własne cele.

Jesienny spadek nastroju to nie jest dla mnie nic nowego. Jednak nawet chandra zaczepia inaczej, odkąd ma do czynienia z kobietą biznesu, odpowiedzialną za jego rentowność, zdeterminowaną.

Zrobiłam się waleczna, zuchwała i mam alergię na czyjś ołów w tyłku. Na odpowiedź od firmy, z którą jestem związana od kilku ładnych lat – niestety nie wykonujemy takiej usługi, odpisałam – czy naprawdę sądzą państwo, że są jedyną firmą hostingową na rynku? Wiem, że to da się zrobić, mam nadzieję, że mogę liczyć na większe zaangażowanie z państwa strony. Za pięć minut rozwiązanie było podane na tacy.

Nie pozwolę się zbywać, gdy przelewam komuś swoje ciężko zarobione pieniądze, bo wiem jak trzeba się nagimnastykować, by spłynęły na moje konto. Poza tym wykreśliłam sformułowanie: „nie da się” ze słownika. To popularna wymówka leniuszków, którzy nie chcą opuścić strefy komfortu psychicznego. Gdzie czują się bezpieczni, ale rzadko spójni z tym, kim naprawdę są. Skoro nie wiesz, co cię kręci, uszczęśliwia, myślisz, że inni to za ciebie zorganizują? Dołączysz do pokaźnej grupy osób, rzucanych na wszystkie strony, jak łajba podczas sztormu. Marne szanse, że zawiniesz do odpowiedniego portu. No chyba że przejmiesz w końcu stery.

Co jeszcze się zmieniło?

Kiedy nie czuję się na sto procent swoich możliwości, to nie jest powód, by z ołowiem w pośladkach zrobić sobie seans z serialami z wrześniowej ramówki. Dociekam, gdzie ulotnił się zapał, gdzie wyciekła energia, mobilizuję się.

pobrane (2)

Uprzykrzam mężowi jego przyjemną, zaplanowaną pod linijkę codzienność i zaczynam mieć te swoje wymagania.

Odpowiedzialność zaczyna się z chwilą, gdy przestajemy wykonywać cudze polecenia. Sobotnie porządki i tłuczenie niedzielnego schabowego odbywa się za ścianą, gdy w tym czasie łykamy lekturę pod kocem. I niech się dzieje, co chce.

Jeszcze do niedawna nie wiedziałam, co to znaczy mieć dzieci w placówkach. Przez ostatnie kilka lat pracowałam w ich harmidrze, kłótniach, nawoływaniach – Mamooo. A gdy się tego doczekałam, weekendami czuję się osaczona. Nie chce mi się. Dopiero po takim przeskoku zrozumiałam, jakie to było upierdliwe i sama się dziwię, że wytrzymałam. Odliczam minuty do poniedziałku. Moje ja poszerzyło przestrzeń i rozrosło się, gdy natrafiło na podatny grunt. Może dlatego tak niechętnie reaguję na powtórkę z wątpliwej rozrywki?

Wtem w drzwiach staje przystojny, barczysty sąsiad z córeczką o złotych puklach, z zaproszeniem dla moich dzieci na minimum dwie godziny, czuję się jakbym wygrała los na loterii. Po takim chill oucie wraca cierpliwość, nie czuję się najwyrodniejszą matką na świecie, bo irytuje mnie towarzystwo własnych dzieci.

Nie ma już w moim życiu przestrzeni na poddawanie się przygnębiającym, ciągnącym jak guma do żucia przylepiona do buta, jesiennym nastrojom. Bo czy to, że pierwotnie chciała mnie zespolić z szarym chodnikiem, powstrzyma przed biegiem do celu?

Marta Szyszko

Comments

comments