niedoskonała mama

niedoskonała mama

lód
felieton

A to bałwan!

W wigilię D. wkurzył mnie tak straszliwie, że wyszłam na dwór (ubrawszy się wcześniej ciepło) i dwadzieścia minut krążyłam w kółko, zanosząc się spazmatycznym płaczem. Myślałam o tym tylko jak ja go nienawidzę, jak cierpię i jak to życie w ogóle jest okrutne i niewdzięczne.

Nie mogłam się wprost opanować –  łzy, wielkie niczym groch, spływały z moich przejmująco smutnych, pozbawionych blasku, oczu. I kiedy tak melodramatycznie płakałam, przez głowę przemykała mi jedna racjonalna myśl No przecież wszyscy sąsiedzi już teraz na pewno pomyślą, że jestem nienormalna”.

A jeśli nawet nie pomyśleli, słysząc jak łkam donośnie (co D. zignorował i nie przyszedł, choć łkanie to naprawdę było głośne), zrobili to już na pewno po chwili, kiedy zabrakło mi łez, a rozpaczanie już mi się uprzykrzyło, wobec czego wzięłam się za lepienie bałwana. Ach, cóż to był za bałwan! Piękny, biały, z guzikami, oczyma i uśmiechem z orzechów włoskich, z prawdziwą miotełką u boku i marchewkowym nosem, a nawet… włożyłam mu w plecy klucz, żeby po ulepieniu móc go nakręcić, aby ożył :)

Zabawa była przednia, nie zauważyłam nawet kiedy minęła godzina, odkąd wyszłam na dwór. Bawiłam się na tyle beztrosko, że przemokły mi buty (nie miałam skarpetek – wszakże wychodziłam z domu w szale), spodnie, a z rękawiczek mogłam wyżymać wodę jak z mokrego ręcznika. Kożuch nie przemókł na wylot, ale był cały mokry z zewnątrz.

Kiedy zrozumiałam wreszcie, że D. nie przyjdzie, żeby zobaczyć jaki obraz nędzy i rozpaczy sobą przedstawiam, a zatem nie ulituje się nade mną i nie otoczy opieką, poddałam się i weszłam z powrotem do domu. Nienawidziłam D. jeszcze trochę, ale do wieczora poziom hormonów mi się unormował i znów patrzyłam na niego maślanym wzrokiem zakochanej nastolatki.

Po moim bałwanku też nie zostało już za wiele. To, co nadal trwa natomiast, to skutki mojej niefrasobliwości – jestem chora. Mam zapchane zatoki, boli mnie nos i gardło, a dziś w nocy tak mnie to gardło drapało, że spać nie mogłam do szóstej. I bolą mięśnie i mi źle… W nocy D. robił mi jakieś wiedźmińskie mikstury, ale nie postawiły mnie jeszcze na nogi. Leżę teraz, a wokół mnie, na kilometr chyba, roznosi się fetor czosnku, którym D. mnie nafaszerował. I za co to wszystko?! Za chwilę przejmującej rozpaczy? Człowiek już nawet nie może spokojnie wpaść w histerię, żeby potem nie ponosić odpowiedzialności za to wszystko!

Z postanowień noworocznych  zrezygnowałam przed dwoma laty – były bowiem tylko kolejnym dowodem mojej niekonsekwencji czy słabości charakteru – po co komu te dodatkowe frustracje? Poza tym psychologowie przekonują, że lepiej czynić postanowienia na przykład kwietniowe, bo z początkiem wiosny bardziej jesteśmy skłonni do wprowadzania zmian w swoim życiu. Zatem z postanowień noworocznych mam jedno tylko, ale za to takie, któremu podołam – w kolejnym roku zostanę mamą :)

Zamiast postanowieniom pierwszostyczniowym, można się oddać również refleksjom nad minionym. Wszędzie wokół teraz różne podsumowania, zestawienia. W co poważniejszych magazynach – podsumowania gospodarcze czy polityczne, w co mniej poważnych periodykach (za to kolorowych i szałowych jak cholera) stroje Dody i Górniak z każdego miesiąca mijającego roku. Mogłabym się tym podsumowaniom oddać z lubością, ale co mam właściwie na takiej liście umieścić?

Mogę opisywać fakty – że zaszłam w ciążę, że spędziłam ten rok z ukochanym, że rozpoczęłam kolejne studia (i że niby przez to wszystko jestem taka mega fajna). Mogę też pomyśleć o kilkuset porankach, kiedy budziłam się i uśmiech rozkwitał na mojej buzi niczym kwiat w rajskim ogrodzie. Można się roztkliwiać nad tym, jaki ten rok był. Wiadomo przecież, że nie będę zliczała wieczorów, kiedy nie umyłam zębów przed snem, ani pryszczy które wyskoczyły mi w tym roku na czole. Może zestawienie wszystkich landrynkowych faktów jest miłe dla oka, gdy się spojrzy jak tego wiele, ale patrząc tylko z ich perspektywy, te niemal dziewięć tysięcy godzin, które składają się na 2010r,. zaczyna przybierać co najmniej karykaturalny wyraz.

Nie będę więc podsumowywać. Pomyślę jedynie o mijającym roku z uśmiechem i pozwolę mu odejść, aby przywitać kolejny. A tak naprawdę, pożegnam dzisiejszy dzień i pozwolę mu stać się wczorajszym, aby jutrzejszy mógł wypełnić moje dziś”. Bo na cały rok składają się przecież te poszczególne dni i to na tym chciałabym się skupić. Na co dzień nie rozpamiętuję, całą uwagę swoją skupiając na „teraz”. Wierzę, ze ćwiczenie uważności we wszystkim, co robimy, jest potrzebniejsze niż wszelakie inne ćwiczenia.

Z pewnością rozpocznie się natomiast nowy etap w moim życiu, bo nasza rodzina powiększy się o jedną mikroskopijną istotkę. Nasza córka może pojawić się w każdej chwili. Przyszły mi na myśl teraz słowa Słowackiego:

I tak pierwszy raz ujrzałem ją samą

pod jasną tęczy różnofarbnej bramą.

Powiew miłości owiał mię uroczy.

Stanąłem przed nią i spuściłem oczy.[i]

I czuję właśnie jakbym stała przed taką różnofarbną bramą. Jestem nieco onieśmielona, bo wiem, że zaraz ją ujrzę – moją wyczekaną, upragnioną i ukochaną córeńkę. Czekam na ten powiew miłości, a wszystkie pory mojego ciała są otwarte, by wdychać ten nadchodzący zefirek. I to jest najlepsze noworoczne, codzienne czy jakiekolwiek inne postanowienie, jakie mogę poczynić – już wkrótce stanę się miłością.


[i] Fragment poematu Juliusza Słowackiego „W Szwajcarii”.

tekst: Dorota Lipińska

Autorka bajek dla dzieci, założycielka www.soojka.pl

logo soojka.pl

Comments

comments

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o